http://www.konserwatyzm.pl/publicystyka ... ykul/3867/Na początek parę słów ode mnie. Przyczyną wklejania tego artykułu (sprzed prawie roku) na forum jest fakt jego całkowitego umknięcia uwadze czytelników strony głównej. Jak wiadomo, temat optymalnego wyboru strony walki w II WŚ był wałkowany na forum wielokrotnie. Ścierały się ze sobą opcje proniemieckie z prosowieckimi oraz prozachodnimi. Jednak argumentacja jaka padała miała z reguły charakter racjonalny i pragmatyczny, typowy dla konserwatywnego dyskursu, odcinającego się od romantyczno-emocjonalnej wizji rzeczywistości. Argumenty moralistyczne były raczej marginesem i przez większość dyskutantów nie były traktowane poważnie.
W tekście Mirosława Salwowskiego mamy tymczasem do czynienia z całkowicie nieudaną próbą polemiki z tekstem Adama Wielomskiego, przeprowadzoną z pozycji moralistycznych właśnie. Autor wręcz przytłacza czytelnika cytatami z nauczania Kościoła, w celu wykazania niemoralności poglądu prof. Wielomskiego na kwestię właściwego wyboru sojuszy przez Polskę u progu II WŚ. Jedyną przyczyną napisania tego obszernego tekstu wydaje się być potrzeba przyczepienia się do jednego sformułowania użytego przez Adama Wielomskiego, mianowicie "mniejszego zła". Tekst Salwowskiego nie jest w istocie polemiką z artykułem, lecz wyłącznie z jednym padającym tam określeniem.
Konsekwencją takiego podejścia do sprawy jest brak choćby próby konstruktywnego przedstawienia jakiejkolwiek alternatywy. Wydaje się to dziwne w obliczu faktu, że autor tego artykułu, znany ze swoich kontrowersyjnych poglądów w kwestiach obyczajowych, zazwyczaj pisał swoje teksty w jasno określonym celu. Tutaj natomiast tego celu jakoś nie widać, chyba że było nim tylko udzielenie reprymendy Adamowi Wielomskiemu i osobom myślącym podobnie jak on.
-------------------------------------------------
Mirosław Salwowski: "Wierność czy kolaboracja?"
Adam Wielomski w swym tekście pt. "Czy w 1939 roku należało zawrzeć sojusz z III Rzeszą?" /1/ wspiera tezę, iż rząd naszego kraju w przededniu drugiej wojny światowej powinien poprzeć Hitlera, zaś później aktywnie uczestniczyć w prowadzonych przez niego działaniach wojennych. Wielomski nie waha się sugerować, że sojusz z Hitlerem winien być zawarty przez Polskę na zasadzie wyboru mniejszego zła.
fot. Czy Adam Wielomski jest politycznie zdemoralizowany?
Owo "mniejsze zło" (popieranie działań Hitlera) byłoby zatem środkiem do uchronienia Polski przed większym złem w postaci bolszewizmu i wyniszczania narodu polskiego przez niemieckiego okupanta (uliczne łapanki, pacyfikacje wsi, mordowanie Polaków w obozach koncentracyjnych). Gdyby zaś III Rzesza wygrała wojna, Polska nie tylko uchroniona by została przed komunizmem i milionami ofiar, ale przypadłoby jej zapewne jeszcze partycypowanie w militarnym zwycięstwie nad Związkiem Sowieckim.
Filozofia, jaką w swym tekście promuje Wielomski wydaje się więc być jasna. Czasami należy wybierać mniejsze zło, by nie dopuścić do zaistnienia większego zła lub by ocalić większe dobro. Choć Autor nie używa wprost tego rodzaju sformułowania, to jednak zarówno całość artykułu, jak i poszczególne z zastosowanych tam sformułowań, nie pozostawiają większych złudzeń co do tego, iż właśnie tego rodzaju "moralność" stoi za wspieraną przez niego tezą o potrzebie sojuszu Polski z III Rzeszą. Jak pisze Wielomski: "Ktoś powie, że „poparlibyśmy nazistów”. Tak, ponieważ pozwoliłoby to nam uchronić kraj przed komunizmem. Moraliści nie uznają czegoś takiego jak , ale polityka zna taką kategorię bardzo dobrze". Autor tych słów, prócz wzmianki o udziale polskich żołnierzy w hitlerowskiej inwazji na Związek Sowiecki, nie precyzuje wprawdzie do końca na czym miałoby polegać "popieranie nazistów" przez Polskę. Reszty szczegółów polskiego wspierania III Rzeszy, każdy średnio obeznany z historią czytelnik, winien się domyśleć. Celem uchronienia naszego kraju przed komunizmem i znacznymi stratami w ludności, śladem innych pro-nazistowskich rządów w Europie, kolaboracyjne władze Rzeczpospolitej aktywnie pomagałyby Hitlerowi w jego masowych mordach i ludobójstwie.
Czy nazizm był "mniejszym złem"?
Swoistą odmianą "politycznej anty-poprawności" części prawicowców jest postrzeganie nazizmu jako "mniej złego" aniżeli bolszewizm. Tego rodzaju optyka jest z różnych względów zrozumiała. Stanowi ona wszak z jednej strony odreagowanie na modne absolutne potępienie hitleryzmu, z jednoczesną wyrozumiałością dla różnych przejawów komunizmu. Z drugiej zaś strony jest nawiązaniem do historycznych wyborów części europejskich ruchów konserwatywnych i narodowych, które w obliczu II wojny światowej, personalnie zasilały kadry kolaborujących z III Rzeszą rządów. Pan Wielomski również ulega tej wizji, zwąc nazizm "złem nieporównywalnie mniejszym niż komunizm". Czy jednak chęć bycia politycznie nie-poprawnym nie powinna mieć swych racjonalnych granic? Czyż naprawdę bowiem porównanie zła reprezentowanego przez nazizm oraz bolszewizm w zdecydowany sposób przemawia na korzyść tego pierwszego? Pan Wielomski twierdzi, iż naziści byli znacznie mniej żądni krwi, aniżeli komuniści, gdyż mordowali Żydów i bolszewików, zaś na celowniku tych drugich mógł się znaleźć praktycznie niemal każdy. Tego rodzaju porównanie nie jest wytrzymuje jednak krytyki. Katalog "win" za które można było być zamordowanym przez hitlerowców był znacznie szerszy. Na jego stronach widnieli prócz Żydów i komunistów, także: księża, chrześcijanie, Słowianie, Cyganie, chorzy psychicznie, niepełnosprawni, nienarodzone dzieci. Praktyczne efekty krwiożerczości ideologii nazistowskiej także dadzą się porównać z rozmiarem zbrodni dokonywanych przez bolszewików. Oddziały SS i Wermachtu ze względów rasowych wymordowały prawie 20 milionów cywili: mężczyzn, niewiast, dzieci i starców. Jest faktem, iż paru przywódców komunistycznych wymordowało ilościowo lub proporcjonalnie większą ilość ludzi, jednak zazwyczaj dokonywali oni tego w znacznie dłuższym okresie czasowym w stosunku do wyraźnie większej liczby ludności. Najprawdopodobniej, gdyby Hitlerowi dano więcej czasu i miejsca na eksterminację "podludzi" to jego krwiożerczość parokrotnie przekroczyła by liczbę 15 - 20 milionów zamordowanych.
Wgląd na inne aspekty narodowego socjalizmu również czyni bardzo dyskusyjnym tezę o jego "mniejszym złu". Wspomnijmy choćby o zaciekłej wrogości, jaką nazistowscy przywódcy darzyli chrześcijaństwo, popieraniu przez III Rzeszę nierządu, cudzołóstwa i prostytucji, okultystycznych korzeniach NSDAP.
Te i inne elementy hitleryzmu czynią jego zło bardzo podobnym (a nie "nieporównywalnie mniej złym") do bezbożności komunizmu.
Czy wybór mniejszego zła jest moralnie dopuszczalny?
Choć nie wierzę w tezę, jakoby nazizm był złem wyraźnie mniejszym aniżeli komunizm, na potrzeby poniższego artykułu dostosuję się do tezy promowanej przez Wielomskiego. Przyjmijmy zatem, iż nieprawości czynione i wyznawane przez Hitlera oraz jego siepaczy, były ewidentnie, a nawet "nieporównywalnie" mniejsze od tych dokonywanych przez bolszewików. Tego rodzaju założenie i tak nie sprawia, że Wielomski ma rację.
Pan Wielomski myli się twierdząc, iż "moraliści nie uznają czegoś takiego jak ". Kategoria "mniejszego zła" jest dobrze znana nie tylko bliżej nieokreślonym "moralistom", ale oficjalnej wykładnie magisterium Kościoła. Oczywiście, istnieje mniejsze i większe zło. Cudzołóstwo jest np. mniejszym złem, aniżeli morderstwo niewinnego, zaś wyrżnięcie w pień stu dzieci, stanowi o wiele większą nieprawość aniżeli uczynienie tego w stosunku do jednego dziecięcia. Wielkim błędem jest, wyciągać z tejże prawdziwej gradacji moralnej, wnioski, jakoby moralnie dozwolone, było czynienie mniejszego zła, by zapobiec większemu złu lub osiągnąć większe dobro. Tragiczną pomyłkę stanowi też sugestia, jakoby dobry cel usprawiedliwiał stosowanie moralnie złych środków, zaś ekstremalne sytuacje sprawiały, iż czynienie czegoś co swej natury jest złe lub też bezpośrednia współpraca ze złymi czynami, były moralnie dozwolone. Taki sposób rozumowania (zwany też "etyką sytuacyjną") jest odrzucany nie tylko przez jakichś tam "moralistów", ale przez oficjalne, a więc w pełni obowiązujące chrześcijan, nauczanie Kościoła katolickiego:
W rzeczywistości (...) chociaż wolno niekiedy tolerować mniejsze zło moralne dla uniknięcia jakiegoś większego zła lub dla osiągnięcia większego dobra, to jednak nigdy nie wolno, nawet dla najpoważniejszych przyczyn, czynić zła, aby wynikło z niego dobro. Innymi słowy, nie wolno wziąć za przedmiot pozytywnego aktu woli tego co ze swej istoty narusza ład moralny - a co tym samym należy uznać za niegodne człowieka - nawet w wypadku, jeśli zostaje to dokonane w zamiarze zachowania lub pomnożenia dóbr poszczególnych ludzi, rodzin lub społeczeństw (Paweł VI, "Humanae vitae", n. 14).
Błędna jest więc ocena moralności czynów ludzkich, biorąca pod uwagę tylko intencję, która ją inspiruje, lub okoliczności (środowisko, presja społeczna lub konieczność działania, itd.) stanowiące ich tło. Istnieją czyny, które z siebie i w sobie, niezależnie od okoliczności i intencji, są zawsze i bezwzględnie niedozwolone ze względu na ich przedmiot, jak bluźnierstwo i krzywoprzysięstwo, zabójstwo i cudzołóstwo. Niedopuszczalne jest czynienie zła, by wynikło z niego dobro (...). Dobra intencja (np. pomoc bliźniemu) nie czyni dobrym, ani słusznym zachowania, które samo w sobie jest nieuporządkowane (jak kłamstwo czy złorzeczenie). Cel nie uświęca środków (...). Okoliczności, a w tym także konsekwencje, są drugorzędnymi elementami czynu moralnego. Przyczyniają się one do powiększenia lub zmniejszenia dobra lub zła moralnego czynów ludzkich (np. wysokość skradzionej kwoty). Mogą one również zmniejszyć lub zwiększyć odpowiedzialność sprawcy (np. działanie ze strachu przed śmiercią). Okoliczności nie mogą same z siebie zmienić jakości moralnej samych czynów; nie mogą uczynić ani dobrym, ani słusznym tego działania, które jest samo w sobie złe. (Katechizm Kościoła Katolickiego, n. 1753-1754, 1756).
(...) normy negatywne prawa naturalnego mają moc uniwersalną: obowiązują wszystkich i każdego, zawsze i w każdej okoliczności. Chodzi tu bowiem o zakazy, które zabraniają określonego działania semper et pro semper, bez wyjątku, ponieważ wyboru takiego postępowania w żadnym przypadku nie da się pogodzić z dobrocią woli osoby działającej, z jej powołaniem do życia z Bogiem i do komunii z bliźnim. Nikomu i nigdy nie wolno łamać przykazań, które bezwzględnie obowiązują wszystkich do nieobrażania w drugim człowieku, a przede wszystkim w samym sobie, godności osoby wspólnej wszystkim ludziom. (...) Z drugiej strony fakt, że tylko przykazania negatywne obowiązują zawsze i w każdej sytuacji, nie oznacza, że w życiu moralnym zakazy są donioślejsze od obowiązku czynienia dobra, na który wskazują przykazania pozytywne. Ma to następujące uzasadnienie: przykazanie miłości Boga i bliźniego ze względu na swą pozytywną dynamikę nie wyznacza żadnej górnej granicy, określa natomiast granicę dolną, którą przekraczając człowiek łamie przykazanie. Ponadto, to co należy czynić w określonej sytuacji, zależy od okoliczności, których nie można z góry dokładnie przewidzieć; natomiast istnieją zachowania, które nigdy i w żadnej okoliczności nie mogą uchodzić za działania właściwe - to znaczy za zgodne z ludzką godnością. Wreszcie, jest zawsze możliwe, że przymus lub inne okoliczności mogą przeszkodzić człowiekowi w doprowadzeniu do końca określonych dobrych działań; nie sposób natomiast odebrać mu możliwości powstrzymania się od zła, zwłaszcza jeżeli on sam gotów jest raczej umrzeć niż dopuścić się zła. (...) Kościół zawsze nauczał, że nie należy nigdy popełniać czynów zabronionych przez przykazania moralne, ujęte w formie negatywnej w Starym i Nowym Testamencie (...). Dzięki świadectwu rozumu wiemy (...), że istnieją przedmioty ludzkich aktów, których nie można przyporządkować Bogu, ponieważ są one radykalnie sprzeczne z dobrem osoby stworzonej na jego obraz. Tradycyjna nauka moralna Kościoła mówi o czynach, które są "wewnętrznie złe": są złe zawsze i same w sobie, to znaczy ze względu na swój przedmiot, a niezależnie od ewentualnych intencji osoby działającej i od okoliczności. Dlatego nie umniejszając w niczym wpływu okoliczności, a zwłaszcza intencji na moralną jakość czynu, Kościół naucza, że << istnieją akty, które jako takie, same w sobie niezależnie od okoliczności, są zawsze wielką niegodziwością ze względu na przedmiot>> (...) Jeśli czyny są wewnętrznie złe, dobra intencja lub szczególne okoliczności mogą łagodzić ich zło, ale nie mogą go usunąć: są to czyny nieodwracalnie złe, same z siebie i same w sobie niezdatne do tego, by je przyporządkować Bogu i dobru osoby (...). Tak więc okoliczności lub intencje nie zdołają nigdy przekształcić czynu ze swej istoty niegodziwego ze względu na przedmiot w czyn <> godziwy lub taki którego wybór można usprawiedliwić (...).Już w Starym Przymierzu spotykamy się z godnymi podziwu świadectwami wierności wobec świętego prawa Bożego, aż do dobrowolnego przyjęcia śmierci. Ich symbolem może być historia Zuzanny: dwaj niesprawiedliwi sędziowie, którzy grożą jej śmiercią ponieważ nie chce ulec ich nieczystym żądzom słyszą odpowiedź: << jestem w trudnym ze wszystkich położeniu. Jeżeli to uczynię, nie ujdę waszych rąk. Wolę jednak niewinna wpaść w wasze ręce , niż zgrzeszyć wobec Pana>> (Dn 13, 22-23). Zuzanna, która wolała <> w ręce sędziów, daje świadectwo nie tylko wiary i zaufania do Boga, ale także posłuszeństwa wobec prawdy i absolutnych wymogów porządku moralnego: swoją gotowością przyjęcia męczeństwa głosi, że nie należy czynić tego, co prawo Boże uznaje za złe, aby uzyskać w ten sposób jakieś dobro. Wybiera dla siebie lepszą cząstkę: przejrzyste, bezkompromisowe świadectwo prawdzie dotyczącej dobra oraz świadectwo Bogu Izraela; w ten sposób przez swoje czyny ukazuje świętość Boga. (...) Kościół ukazuje wiernym przykłady licznych świętych (...), którzy głosili i bronili prawdę moralną aż do męczeństwa, albo woleli umrzeć, niż popełnić choćby jeden grzech śmiertelny. Wyniósł ich do chwały ołtarzy , to znaczy kanonizował ich świadectwo i publicznie uznał za słuszne ich przekonanie, że miłość Boga każe bezwarunkowo przestrzegać Jego przykazań nawet w najtrudniejszych okolicznościach i nie pozwala ich łamać nawet dla ratowania własnego życia (...). Męczeństwo odrzuca jako złudne i fałszywe wszelkie ludzkie tłumaczenia, jakimi usiłowałoby się usprawiedliwić - nawet w wyjątkowych okolicznościach - akty moralnie złe ze swej istoty (...). W określonych sytuacjach przestrzeganie Prawa Bożego może być trudne, a nawet bardzo trudne, nigdy jednak nie jest niemożliwe (Jan Paweł II, "Vertitais splendor", n. 52, 76, 80 - 81, 91 - 93, 102).
Z moralnego punktu widzenia nigdy nie wolno formalnie współdziałać w czynieniu zła (Jan Paweł II, "Evangelium vitae", n. 74).
Czym jest "formalna współpraca", a czym "tolerancja"?
Katolicka nauka moralna odnośnie postawy, jaką naturalne prawo moralne nakazuje przyjąć odnośnie "mniejszego zła" jest jasna. Nigdy nie wolno go czynić, nigdy nie wolno z nim formalnie współpracować, a co najwyżej niekiedy wolno je tolerować. Warto wyjaśnić w tym miejscu, co wedle tradycyjnej moralistyki katolickiej znaczą terminy "formalnej współpracy ze złem" i "tolerancji".
Pierwsze z wymienionych pojęć oznacza takie działanie, które już to z samej swej natury, już to ze względu na określony kontekst kształtujących go okoliczności — ma charakter bezpośredniego uczestnictwa w czyjejś nieprawości albo też wyraża poparcie dla niemoralnej intencji głównego sprawcy. Nie trudno jest wskazać przykłady takiej "formalnej współpracy ze złem". Czymś takim jest np. podawanie narzędzi służących do zabijania nienarodzonych dzieci, w trakcie "zabiegu" aborcjoniście. Bardziej historycznym przykładem takiego, zawsze zabronionego, współdziałania ze złem, była postawa tych ze służących, którzy trzymali drabinę swym panom, po to, by ci mogli za jej pomocą wejść do domu jakiejś niewiasty, w celu dokonania z nią aktu nierządu.
"Tolerowanie" zła, wedle tradycyjnej moralistyki oznacza zaś nie podjęcie aktywnych działań przeciw dokonywanemu przez kogoś złu. Nie zawsze więc mamy obowiązek karać, przeszkadzać, napominać czy zakazywać komuś czynienia zła. Nigdy jednak nie możemy czynić owej nieprawości, ani z nią formalnie współdziałać. Wolno jest nam np. nie aktywnie nie zapobiec dokonywanemu na naszych oczach morderstwu niewinnego, ale w imię żadnego, najświętszego choćby celu, nie możemy sami tego czynu dokonać, bądź też np. podać sprawcy tego czynu narzędzie zbrodni.
Sojusz z III Rzeszą tolerancją mniejszego zła?
Szukanie moralnych uzasadnień dla sojuszu z hitlerowskimi Niemcami w etyce sytuacyjnej - delikatnie mówiąc - nie przystoi redakcji akcentującej swą katolickość portalu "Konserwatyzm.pl". Czynienie mniejszego zła lub bezpośrednie z nim współdziałanie nigdy nie jest właściwym moralnie wyborem. Teoretycznie można by jednak wyobrazić sobie współpracę Polski z III Rzeszą, która wykluczałaby ze strony naszego rządu, czynienie bądź formalną współpracę w dokonywanych przez nazistów nieprawościach i zbrodniach. W tejże perspektywie, rząd Rzeczypospolitej w imię ratowania własnego kraju, mógłby jedynie aktywnie nie przeciwstawiać się nawet skrajnie złym czynom Hitlera. Brak protestów w sprawie ludobójstwa dokonywanego na Żydach, pewnie dałoby się podciągnąć pod kategorię "tolerancji zła", jednak akcje polegające na wyłapywaniu naszych współobywateli o hebrajskich korzeniach, a następnie transportowaniu ich do obozów zagłady, stanowiłoby już "formalne współdziałanie" w masowych mordach. Być może moralnie dozwolone by było więc, pozwolenie niemieckiej armii, by ta przechodziła przez nasze terytorium, ale nie sposób już tego samego rzec o wysyłaniu polskich żołnierzy na niesprawiedliwe, zaborcze, agresywne i rasistowskie wojny III Rzeszy.
Jednak nawet ta wizja sojuszu Rzeczypospolitej z nazistowskimi Niemcami, w której nasz kraj jedynie tolerowałby czynione przez III Rzeszę zło, jest całkowicie nierealna. Historia pokazała, iż dokładnie każdy ze współpracujących z Hitlerem rządów, w mniejszym bądź większym zakresie, aktywnie współpracował z prowadzonymi przez Niemców niesprawiedliwymi wojnami oraz masowymi mordami dokonywanymi przez nich ze względów etnicznych i rasowych. Fuhrer na dłuższą metę nie ścierpiałby "sojusznika", który nie dostarczałby mu żołnierzy na mięso armatnie oraz czynnie nie pomagałby w eksterminacji "podludzi".
Makiawelizm czy ufność Bogu?
Jest niezaprzeczalnym faktem, iż jednym z tradycyjnych kanonów w myśleniu polityków jest kierowanie się regułami uznającymi czynienie "mniejszego zła" za życiową konieczność, zaś regułę "cel uświęca środki" za moralnie usprawiedliwioną. Tego rodzaju maksymy są jednak dowodem nie na to, iż rzekomo istnieje "zło konieczne" lub, że wyboru pewnych złych czynów niekiedy nie da się uniknąć. One są dowodem, że zbyt mocno pragniemy szukać własnych rozwiązań, wówczas, gdy całą swą ufność winniśmy położyć w Bogu. Wybór najmniejszego choćby zła, jest zawsze niszczący i szkodliwy dla ludzi, rodzin, jak i całych narodów, choćby w perspektywie doraźnej wydawałby się on korzystny.
Mirosław Salwowski
1.
http://www.konserwatyzm.pl/publicystyka ... ykul/3850/